31. Wrocław Maraton – relacja Marcina

wroclaw1Po ostatnich zawodach – Półmaratonie Chmielakowym w Krasnymstawie, postanowiłem że 15 września jadę na Wrocław Maraton. Cel był jeden: złamać 4 godziny w maratonie – pokonać barierę dźwięku – właśnie we Wrocławiu.

Ostatnie tygodnie ciężko trenowałem – interwały, których chronicznie nie znoszę, ale dają znakomite efekty jeżeli chodzi o siłę biegową. Do tego dieta, nie licząc codziennej czekolady, i bardzo sportowy tryb życia. Byłem w świetnej formie, po prostu czułem to. Tydzień przed maratonem, postanowiłem że będę  już biegał mało i wolno, chciałem uzyskać świeżość i głód biegania na maratonie. We wtorek, tylko zrobiłem ostatni poważny sprawdzian, który miał potwierdzić że „jestem w gazie”. Godzina na siłowni i od razu niespełna 30 kilometrowy bieg. Czułem się świetnie, bardzo dobry czas. Tak, wiedziałem, że jadę do Wrocławia, „mocny” i złamanie 4 godzin jest bardzo realne. Wyjechałem w sobotę, żeby przed maratonem się wyspać, biec wypoczętym…

Około 16. byłem już przed Stadionem Olimpijskim we Wrocławiu, celem odbioru pakietu startowego. I wtedy się zaczęło, jak tylko zobaczyłem miasteczko biegacza, poczułem atmosferę, wpadłem w doskonały nastrój, mrowienie na głowie, cieszyłem się jak dziecko na widok nowej zabawki. Odbiór pakietu startowego, bardzo fajny wygląd graficzny numeru startowego z imieniem i nazwiskiem oraz zdjęciem, spotęgował jeszcze moją radość, przechodzącą powoli w euphorie :-) Wiem, że dla kogoś kto nie biega, moje zachowanie i odczucia mogły wydawać się, co najmniej nienaturalne, ale ja tak mam.

wroclaw3

Pasta party, głośnia muzyka, zjadłem trochę makaronu i w samochód rozpakować rzeczy. Nocleg miałem na Starym Mieście, w jakimś podrzędnym hostelu, ale przecież nie przyjechałem tu na wczasy. Ze Stadionu na Stare Miasto 2-3 minuty samochodem, samochodem podkreślam… Rozpakowałem się, i myślę idę połazić po Starówce Wrocławskiej. Nastrój wyśmienity, tylko zamiast zwiedzać Panoramę Racławicką, nie wiem skąd wpadłem na „genialny” pomysł sprawdzić jak smakuje „shot za 4 zł” we Wrocławskim Bistro. Chyba smakował, wróciłem „krokiem węża”, przed 4tą nad ranem… „głupota nie boli”!

wroclaw4Budzik nastawiony, jak co dzień na 5.30, obudziłem się przed… 8. Szok i panika, co ja narobiłem, latam jak w amoku, szybko pluszaktiw, zjeść nic nie zdążyłem, chwyciłem tylko jakiegoś batona i długa na maraton, który zaczynał się o 9. Idę piechota, myślę to rzut beretem stąd, ale okazało się że do Stadionu Olimpijskiego ze Starego Miasta jest…. 6km! Ostatnie 2 już biegłem żeby zdążyć na start, wbiegam na bramę Olimpijskiego a tam już odliczają maratończyków na wózkach, którzy startowali minutę wcześniej. Więc sprint, żeby zdążyć, zdążyłem…

Wystartowaliśmy, a ja przez pierwsze kilometry wyzywałem siebie w myślach od nieodpowiedzialnych idiotów! Jak mogłem, tak się zachować! Prawie, zaspałem, moją nadkompensację glikogenem, którą stosowałem ostatnie dni, szlag trafił, nic nie zjadłem! Zaczęło padać, i ta mżawka mnie trochę „otrzeźwiła”, powiedziałem sobie, dobra stało się, ale teraz albo włączysz tryb biegania, albo nic z tego nie będzie. Powtarzałem sobie, jesteś świetnie przygotowany, zarwana noc, to tylko jedna noc, trochę „zakwasiłeś” organizm i tyle. Włączyłem tryb biegania, odciąłem się, oczyściłem umysł, ze śmieci i wyrzutów wobec siebie. I zacząłem sobie powtarzać słowa Paktofoniki: „uświadom to sobie, jesteś Bogiem!”, nie chodzi tu oczywiście o dosłowne rozumienie tych słów.

Pierwsza dycha  -  54:52 min, trochę za wolno, plan był żeby, tym razem szybo rozpocząć, żeby wypracować komfort kilku minut na ostatnie kilometry. Ale czułem się coraz lepiej, nogi że mają moc, że mają kopa. Cały czas mżyło, ale było ciepło 16-18st, bardzo mi to odpowiadało, miałem naturalne chłodzenie. Co 5kilo punkt odżywcze, z których rzetelnie korzystałem: izo, banan, woda, izo banan woda.

18 kilometr, i słyszę głośne Zombie (nomen omen) – Cranberries, uwielbiam ta piosenkę, świetnie śpiewała na żywo jakaś urodziwa Wrocławianka. Dodaje dodatkowej energii, czuje się świetnie! Druga dycha - 52:06 min, bardzo dobrze!, ale co ważniejsze energia narasta, nogi mocne!

wroclaw2Minąłem „zajączki” z balonikami – 4 godziny, więc wiedziałem że biegnę w tempie na złamanie upragnionego czasu, pokonanie bariery dźwięku. Trzecia dycha to już był „bieg jak w transie”, myślę sobie, teraz albo nigdy, najwyżej nie wytrzymam tempa, chodź przypominałem sobie te interwały który mnie wykańczały nad Zalewem, i wiedziałem że teraz zbieram ich żniwo, fantastyczne żniwo! Trasa płaska, pojawił się podbieg, ale mózg od razu zareagował: pamiętasz podbiegi jakie robiłeś na Agrykoli, to były podbiegi, a to, to jest „bułka z masłem”, i tak było :-) Cały czas pada fajna mżawka, z trasy pamiętam niewiele, tylko w pewnym momencie zobaczyłem piękny nowy Stadion Wrocławski. Z nikim nie rozmawiam, staram się biec w jakimś odstępie od innych maratończyków. To jest moje bieganie, i tylko moje! Trzecia dycha – 52:05 min, jest super!

W pewnym momencie widzę „zajączki z balonikami czasu 03:45. Widzę je daleko, ale nie tracę z oczu. Czwarta dycha, trans trwa, nogi mocne, czuje że jestem w swoim żywiole. Po trzydziestu paru kilometrach, wszystkie szczegóły zaczynają mieć znaczenie. Biegając 5-10 kilo, możesz biegać w butach z Lidla, ale jak biegasz maratony, kup naprawdę dobre buty! Biegnę w swoich zjechanych już, lekko porwanych Nike, ale czuję jakbym prawie unosił się kilka centymetrów nad ziemią, są genialne, miękkie, amortyzują, lekkie, fantastyczne. Na 35 kilo może Ci przeszkadzać, wszystko, mi tylko delikatnie ciążyła mokra koszulka… „zwycięska”, ulubiona i najlepsza Maratonu Lubelskiego. Co parę kilo ją trochę wyciskałem, żeby była lżejsza.

Czy nie pojawiał się kryzys? Kryzys to miałem na pierwszych 5 kilometrach, potem nawet jak próbował dojść do głosu, od razu go zagłuszałem „Uświadom to sobie…”. W pewnym momencie wyprzedziłem „baloniki 03:45″. Wiedziałem już wtedy że wykręcę fantastyczny czas! Od 35. kilo nogi wprawdzie stawały się coraz cięższe, ale świadomość że do mety już coraz bliżej rekompensowało wszystko! Ostatnie kilometry po Starym Mieście i trasa jakby znajoma, tak nocą „zwiedzałem” te okolice, pamiętam. Czwarta dycha: 53:12 min – genialnie :-) ))

wroclaw5

Ostatnie 2 kilometry to walka między ołowiem w nogach, a świadomością bliskiej mety! Wpadam na Stadion Olimpijski, i ostatnia prosta, no i wtedy jest już cudownie, mrowienie na głowie, uwalniają się endorfiny, i idą w kable.

Patrze na czas… nieprawdopodobny, genialnie fantastyczny: 03:44:17 – spełniłem jedno swoje marzenie „złamałem 4 godziny”, pokonałem „barierę dźwięku”, z takim czasem wszedłem do wyższej ligi maratońskiej!

Odebrałem medal, i padłem na ustawione obok polówki. Leże, może dwie minuty, bez ruchu, słyszę słowa: – proszę nie leżeć tak bez ruchu, proszę ruszać nogami trochę, proszę… Otwieram oczy, i tylko wyszeptałem, trochę niegrzecznie: – idź sobie… Pani odeszła :-) Trochę się ogarnąłem, i… przede mną było jeszcze 6 kilo do mojego lokum na Starym Mieście. Z medalem na szyi, jakie to było przyjemne 6 kilometrów, wracałem wzdłuż trasy, biegnący patrzyli z podziwem, zazdrością, pozdrawiali pytali o czas. A ja wolno, dostojnie, na pełnym luzie wracałem na Stare Miasto! I wtedy tak sobie pomyślałem: WROCŁAW WCIĄGA! Zakochałem się w tym mieście już trochę wcześniej, ale ostatnia wizyta tylko wzmocniła moje uczucia! Tak, nie ukrywam, że chciałbym tu mieszkać! Tylko szkoda, że nie mam zdjęć z samego biegu, no ale tak wyszło, za parę dni ściągnę sobie z fotomaraton.pl

Za dwa tygodnie Maraton Warszawski…

MarcinMarcin – Bieganie – stało się dla mnie czymś więcej, niz sposobem na utrzymanie sylwetki. Stało się ucieczką i wyzwoleniem. Jest trudne, tego nie da się ukryć, ale uczucie po bieganiu, jest nieprawdopodobne, jest uzalezniające. Mój organizm codziennie już teraz domaga się endorfin. Po prostu euphoria biegacza – Runner’s High.

7 Comments

  1. Wniosek prosty: przed maratonem musi być alkoholizacja :)

  2. Najwidoczniej receptą na sukces jest wyluzowanie się kilka godzin przed :) )) gratulacje!! :)

  3. gosc

    Gratuluję wyniku, pomimo krotkiej nocy. Eksperci mówią, że trzeba się wyspać 2 noce wcześniej. Do tej pory nie widziałem jednak porad: idź w miasto i do 4-tej nie wracaj :) ) Napisałeś: „Tydzień przed maratonem, postanowiłem że będę już biegał mało i wolno (…) we wtorek (…) godzina na siłowni i od razu niespełna 30 kilometrowy bieg.” – jeszcze raz gratuluję, tym razem poczucia humoru. Nie wpadłbym no to, że 30km wybieganie, to taki luzik na 5 dni przed maratonem… Są tacy, którzy 30km robią wtedy przez kilka dni, no ale chyba w sobotę nie imprezują.

  4. Gratuluję! Dla mnie to szok żeby 30km biec 5 dni przed maratonem, taki trening to minimum 2 tygodnie wcześniej trzeba robić. W dodatku ta noc – wniosek dla mnie jest taki że chyba forma była super, taka na 3:35 powiedzmy! :) gratki jeszcze raz!

  5. Marcin Buziakowiec

    A mi się wydaje że bieganie jest bardzo indywidualne i intuicyjne, nie ma jednej skutecznej recepty dla wszystkich. Staram się, sam dochodzić do tego co jest dobre dla mnie. Zdecydowanie korzystnie zareagowałem na interwały, i na nich bede opierał swój dalszy trening. Co do „nocnej eskapady”? Nie mam już 20 lat, a prawie dwa razy tyle, organizm się już tak szybko nie regeneruje, to był niewątpliwie błąd….no ale cóż olimpijczykiem już nie zostanę, a w mojej pasji, mogą czasami przydarzać się też błędy.
    Chodź przyznaję, że w niedziele rano, nie było mi do śmiechu…

  6. Ogromne gratulacje :) hmm czyżby alkohol pomagał w bieganiu ;)

  7. Alkohol a bieganie… o dziwo ja też jeden ze swoich najlepszych biegów (tyle, że na 10 km) zaliczyłem po ledwo przespanej nocy i po zakrapianym wieczorze. Może coś w tym jest :)

    W każdym razie gratulacje! :)

Dodaj komentarz